O podstawowych problemach recytacji

TYGODNIK KULTURALNY NR 51/67

Lech Śliwonik

Przypadek zrządził, że od pewnego czasu związany jestem z ruchem recytatorskim i siłą rzeczy staram się śledzić to, co najogólniej określić można jego „społecznym rezonansem”. Stanisław Adamczyk jest jednym z niewielu publicystów, którzy uparcie od kilku lat towarzyszą temu zjawisku kulturalnemu. Bo sytuacja jest przedziwna. Lubimy cieszyć się sukcesami, lubimy wielkie liczby, więc i rozwojowi ruchu recytatorskiego towarzyszą okrzyki zachwytu i upojenia. Atoli na okrzykach się kończy.

Wystarczy nieco uważniej przyjrzeć się tzw. prasie literackiej. „Dialog” – pismo w pewien sposób specjalistyczne, ale mieszczące w swym profilu także sprawy artystycznej recytacji – podjął to zagadnienie po raz ostatni…6 lat temu. „Poezja” – jak dotychczas zdobywa się wyłącznie na okolicznościowe laurki przed kolejnymi konkursami. Wszakże sympatia nie oznacza wcale, że zgadzam się z Adamczykiem we wszystkim. Zresztą pełna zgodność czyniłaby niepotrzebnym zabieranie głosu w trwającej na łamach „Tygodnika Kulturalnego” dyskusji.

Problemem obecnie najczęściej dyskutowanym jest naczelna zasada organizująca ruch recytatorski – konkursy. Za odstąpieniem od tej zasady wypowiada się znaczna część instruktorów i jako kontrpropozycję wysuwa postulat organizowania festiwali żywego słowa. Instruktorzy twierdzą, że ich praca jest oceniana wadliwie, że składy jury są niewłaściwe, że konkursowi nieuchronnie towarzyszą różnego rodzaju „machlojki”. Festiwal – powiadają – zmieni wszystko na lepsze. Nie będzie nacisku ze strony rozmaitych organizacji i instytucji, odpadnie moment niezdrowej rywalizacji, dążenia do sukcesu za wszelką cenę. W ramach festiwalu nie będzie bowiem klasyfikacji: będą tylko nagrody przydzielane przez jury. I w tym miejscu widzę klęskę całej koncepcji. Bo przecież niemal wszystkie złe strony konkursów wiążą się z problemem nagród! Zatem rzecz sprowadza się wyłącznie do zmiany nazwy. To jednak nieco za mało, by rezygnować z długoletniej tradycji, choćby tradycja ta była obciążona błędami. Propozycję części instruktorów uznać trzeba za próbę ucieczki przed ocenianiem ich pracy. Powiedzmy szczerze: praca ta jest w dużej części zła. Czy oznacza to jednak, że złej pracy oceniać nie należy? Kryje się tu groźba bardzo niebezpiecznego precedensu. 

Z kolei propozycja S. Adamczyka, wg której konkursowość obowiązywać by miała tylko do poziomu eliminacji wojewódzkich, a impreza finałowa byłaby koncertem laureatów, wydaje mi się niekonsekwentna. Nie rozwiązuje problemu, kto mianowicie na ów koncert jechać powinien. Nadto postuluje dziwne pęknięcie zjawiska. To tak jakby – odwołajmy się do analogii – Konkurs Chopinowski doprowadzić tylko do poziomu eliminacji krajowych. Przecież właśnie finał konkursu jest imprezą najciekawszą i dającą uczestnikowi najwięcej satysfakcji. Dlatego tendencję do odstąpienia od zasady konsekwentnej konkursowości uważam za niebezpieczną. 

Inną istotną (i złożoną) kwestią jest problem jury. Zgoda na to, że jest rzeczą niedopuszczalną, by zmieniał się z roku na rok cały skład sądu konkursowego. Jest to zresztą sprawa chyba dość łatwa do załatwienia. Jako nierealne ocenić natomiast trzeba projekty przeniesienia funkcji jury na publiczność. Wiemy wszak jak mało jest ludzi rzeczywiście rozumiejących poezję – zwłaszcza nowszą. Aż strach pomyśleć, ilu hochsztaplerów i kabotynów, umiejących mówić „z łezką” lub grzmieć pełnym głosem, uzyskałoby powszechny poklask. Wiele krytycznych uwag pod adresem jury słyszy się od instruktorów. Rzecz sama w sobie niepokojąca. Atoli najbardziej zatrważa jeden moment. Instruktorzy żądają mianowicie, by jury było maksymalnie niezmienne. Maja rację, ale przedziwna jest ich argumentacja: nie wiemy jakie wymagania będzie miał nowy sąd konkursowy, nie wiemy, na co położy główny nacisk, jakie elementy oceniać będzie najwyżej. To już zupełna tragedia. Ci ludzie, którzy kształtują oblicze zjawiska, widza tylko jedną drogę oddziaływania – od góry do dołu. Czekają, by ktoś dał im receptę, a oni będą ją realizować. Nie wpada im do głowy, że to oni właśnie mogą narzucać swoje zdanie, zasady i kryteria ocen; zmuszać jury do przyjęcia ich punktu widzenia. Obrażają się za krytykę, bo czują się artystami, a w istocie chcieliby być jedynie urzędnikami wypełniającymi narzucone obowiązki. 

Skrytykowałem instruktorów i z krytyki tej się nie wycofuję. Rozumiem wszakże jak trudne jest ich zadanie. Wyobraźmy sobie bowiem instruktora ambitnego. Chce dobrze pracować i (to naturalne) być wysoko oceniany. Rozumie, że niezbędnym warunkiem jest uprzednie, teoretyczne uświadomienie najbardziej elementarnych spraw: zasad i celów swej pracy i możliwych do wykorzystywania środków. Cóż tedy czyni nasz ambitny instruktor? Sięgnie naturalnie do tzw. „literatury przedmiotu”. Bez większego trudu dotrze do poświęconych recytacji książek J. Tennera, J. Kochanowicza, M. Kotlarczyka, St. Furmanika, do szkicu K. Górskiego. Szybko jednak zorientuje się, iż w pracach tych jedynie sprawy dykcji są omówione dokładnie i w miarę całościowo (choć i one – jak twierdzą znawcy – są już nieco przestarzałe)

Nie ma natomiast między wymienionymi autorami zgody w zakresie sformułowanych wyżej problemów podstawowych. A o „współczesności” tych prac niech świadczy taki fakt: nawet w chronologicznie ostatnich znajdujemy pedantyczne rozważania nad kwestią odróżnienia recytacji od deklamacji z jednej strony, a od tzw. codziennego mówienia z drugiej. Jak gdyby autorzy nie zdawali sobie sprawy, że sam ten problem murszeje ze starości. To Goethe określał recytację jako mówienie stojące między zimną, spokojną a najsilniej wzruszoną mową. Ale przecież od tego czasu upłynęło – bagatela – ponad 150 lat i cos się jednak zmieniło. Nie ma dzisiaj, mówiąc konkretnie, dwóch osobnych dziedzin artystycznego mówienia; można co najwyżej szukać pewnych odmian stylowych. Ale jeśli nawet zrezygnujemy z tego pozornego w istocie problemu, i tak wątpliwości zostaje dosyć.

Na przykład: cel recytacji – jedni (Górski) stawiają zadanie wiernego odtworzenia tekstu, drudzy (Kotlarczyk, Kochanowicz) kładą nacisk na artyzm wykonania. Albo druga sprawa: określenie środków, stojących do dyspozycji recytatora – niektórzy z badaczy twierdzą, że głos jest czynnikiem samowystarczalnym (Górski, Furmanik), inni radzą, by dopuścić mimikę (Tenner), jeszcze inni opowiadają się za wykorzystywaniem wszystkich środków gry aktorskiej, a więc gestu, mimiki, ruchu itd. (Kotlarczyk). Niniejszy przegląd badań nad recytacją jest naturalnie bardzo powierzchowny. Atoli i on dowodnie świadczy o trudnościach nieuchronnie towarzyszących próbie teoretycznego uświadomienia spraw elementarnych. 

I właśnie ten stan rzeczy prowokuje do zgłoszenia propozycji pewnych ustaleń. Czynimy to bez pretensji do pełnej oryginalności pomysłów, za to z nadzieją, że mogą stac się punktem wyjścia do dyskusji, która jest dziś niezbędna. Zacznijmy od tego, iż nie uważamy, by w terminie „recytacja” kryły się jakiekolwiek znaczenia poza tym, które znajdujemy w słowniku języka łacińskiego. A ten podaje: „recitatio – odczytywanie”. Recytacja jest tedy głosowa realizacją tekstu literackiego i nie ma  w niej miejsca na ocenianie inne niż pod kątem wierności owemu tekstowi. Wydaje się natomiast, że w obrębie tego zjawiska istnieje możliwość wyróżnienia pewnego obszaru o cechach specjalnych i dodatkowych. Że istnieje mianowicie taki typ głosowej realizacji utworu, który określić można jako sztukę recytacji. Spróbujmy rzecz  nieco uściślić. 

Recytacje rozumiemy jako głosowa kalkę napisanego utworu; odczytanie możliwie najwierniejsze i na te wierność jedynie nastawione. Sztuka recytacji natomiast to taki typ mówienia, u którego podstaw leży doznanie przeżycia estetycznego, i który z kolei sam zdolny jest wywołać przeżycie estetyczne odmiennej jakości niż to, jakiego doznajemy przy tzw. cichej lekturze. W tym rozumieniu sztuka recytacji miałaby te same cechy co sztuka w ogólności, co każda sztuka. Pamiętajmy jednak przy tym, iż w naszym wypadku chodzi o realizację utworu już istniejącego, nie zaś o tworzenie od podstaw. Z samej natury rzeczy utwór ten jest zdolny do wywołania przeżycia estetycznego. Recytator musi ten fakt uwzględnić i po pierwsze przekazać słuchaczowi to przeżycie, a po drugie – wzbogacić je o wartości własne: takie jakich tekst w postaci napisanej nie posiada. Dlatego też konieczne wydaje się określenie sztuki recytacji jako sztuki duotelistycznej – zawierającej w sobie jednoczesne nastawienie na dwa cele: odtworzenie (możliwie najpełniejsze i najwierniejsze) utworu literackiego oraz stworzenie własnej, indywidualnej wartości artystycznej. Rezygnacja z celu pierwszego spycha nieuchronnie recytację w sferę „sztuki dla sztuki”. Rezygnacja z drugiego – umieszcza działalność mówiącego na poziomie kopiowania utworu, a to nie ma nic wspólnego ze sztuką. „póki artysta tylko kopiuje rzeczywistość, nie stwarza dzieła sztuki. Natomiast stwarza je, gdy form rzeczywistości używa dla uzmysłowienia własnych uczuć” tak pisał przed laty M. Sobeski i słowa te nie utraciły aktualności. Tylko zrozumienie dwucelowościowego charakteru może doprowadzić do stworzenia sztuki recytacji.

I tylko sztuka recytacji może być przedmiotem oceny – to jest naturalna konsekwencja sformułowanego tu stanowiska. Uznanie tego poglądu musiałoby tez wpłynąć na sposób ustawienia konkursu. Po prostu wydaje się, iż nie ma w ni miejsca na rzemiosło, na czysta reprodukcję tekstów literackich. Jeśli chce się dawać nagrody za to tylko, że ktoś poprzez recytację staje się propagatorem literatury, to lepiej zrezygnować z konkursu, wprowadzić statystykę występów i wyróżniać tych, którzy mają ich najwięcej. Oczywiście i przy okazji konkursu mogą być takie nagrody, ale winny one być nagrodami specjalnymi, pozakonkursowymi niejako. Dodajmy: przydzielanymi na szczeblu nie wyższym niż eliminacji wojewódzkich. 

Zdajemy sobie sprawę, że każda recytacja składa się z dwu elementów: tekstu i głosu i że sztuką stać się może dopiero poprzez wydobycie możliwości obu tych elementów. Nie czujemy się upoważnieni do rozważań na temat głosu. Więcej zresztą niejasności i błędów powstaje za sprawą tekstu i dlatego jemu chcemy poświęcić nieco uwagi. Konkretnie: czy wierność utworowi, od której odstąpić nie wolno, może iść w parze z indywidualnością recytatora. Pierwszy warunek, jaki musi spełnić sztuk recytacji, jest taki sam, jakiego żąda się od normalnej cichej lektury – pełne zrozumienie tekstu. Dla jego uzyskania niezbędna jest analiza, czyli próba takiego wyjaśnienia tekstu, które nie wyprowadza nas poza jego granice. Podkreślamy tę sprawę, bowiem część recytatorów przystępuje od razu do interpretacji twierdząc, że sama intuicja pozwala na pełne zrozumienie. Pora przestać dowierzać owej intuicji, bo w istocie jest ona świadectwem lenistwa – pracę zastępuje nieokreślonym „odczuciem”. Analiza winna doprowadzić do zrozumienia całości tekstu, ale także do zrozumienia każdego poszczególnego miejsca, każdego użytego środka literackiego.

Jeśli jednak recytacja miałaby być tylko takim wypowiedzeniem, które wyrazi środkami akustycznymi to, co znaleźliśmy w czasie analizy – pozostaniemy na poziomie reprodukcji. Jesteśmy wszakże przekonani, że utwór literacki oprócz wszystkich nakazów, daje też możliwości indywidualnego potraktowania pewnych elementów. Przede wszystkim trzeba jasno powiedzieć sobie, że mamy na co dzień do czynienia z dwoma nieco odmiennymi językami: pisanym i mówionym. I nie idzie tu o to, że pismo jest wtórne wobec mowy i nie o to, że język mówiony ulega szybszym przemianom niż pisany. Rzecz w tym, że język mówiony jest znacznie bogatszy, ponieważ intonacja jest bogatsza od repertuaru znaków graficznych i interpunkcyjnych. Mówiąc po prostu: wszystkie wyróżnienia graficzne dadzą się zrealizować w mówieniu, natomiast nie każdy sposób wypowiedzenia może być przekazany w postaci graficznej. I to jest pierwsza szansa recytacji – wydobyć te wartości intonacyjne, które tkwią w utworze, ale przy cichej lekturze są niezauważalne, z pewnością niektóre możliwości dźwiękowe i intonacyjne są narzucone przez sam tekst. Są jednak i takie, których sposób wyrażania zależy od recytatora. Wiedział o tym dobrze Majakowski, gdy pisał: „w zależności od audytorium należy wybierać intonację orzekająca lub proszącą, nakazującą lub pytającą”. W wielu wypadkach autor nie narzuca tempa mówienia – znowu decyzja należy do recytatora. Jeszcze inna możliwość: mamy wiersz wykorzystujący w dużym stopniu elementy onomatopeiczne, dźwiękonaśladowcze czy w ogóle dźwiękowe.

Ale wiersz zawiera także jakąś treść. Od recytatora zależy czy zaakcentuje wartość treściową czy tez wysunie na plan pierwszy walory dźwiękowe czy wreszcie zdecyduje się na wahanie między obiema możliwościami i w ten sposób ukaże obraz napięcia między nimi. Podobnie z inna sprawą – można w wierszu osłabiać nieco akcenty, przytłumiać pauzy, by podkreślić jego płynność, a można postąpić przeciwnie: zrezygnować z płynności na korzyść rytmu. Wymieniamy tylko przykładowo, aby wskazać, iż sam tekst oferuje szanse indywidualnego wyboru sposobu mówienia. A przecież jest jeszcze ta ogromna szansa jaka daje interpretacja utworu czyli najogólniej mówiąc „włożenie od siebie” pewnego sposobu rozumienia. Nie znaczy to wcale dowolności zupełnej. Raczej przeciwnie – jesteśmy dość ograniczeni, nie ma wszakże interpretacji jedynej. I właśnie samodzielna interpretacja czy tez wybór spośród istniejących, wyraziście świadczy o indywidualności recytującego. 

Wreszcie moment ostatni, na który trzeba zwrócić uwagę. Recytacja jest mówieniem i z tego faktu płyną pewne konsekwencje. Mówienie odbywa się mianowicie w innej sytuacji niż pisanie: mówiący i słuchający widza się wzajemnie. Wypowiadający może zatem odwołać się do gestu, mimiki, ruchu. Może tymi znakami zastąpić słowo, a przynajmniej je wzmocnić lub osłabić. Nie wydaje się więc by istniały jakieś przeciwskazania dla stosowania w recytacji gestu i mimiki. Bo choć nie każdy wiersz daje możliwości ich wykorzystania, są i takie, które się tego wprost domagają. Przy czym rola tych środków wyrazu wzrasta jeszcze bardziej, gdy uświadomimy sobie, że stanowią one swego rodzaju pomost prowadzący w stronę teatru poezji, uważanego przez wielu za wyższa formę recytacji. 

Faktem jest, że ruchowi recytatorskiemu grozi zabrnięcie w ślepy zaułek. Jakie są tego przyczyny? Główna – wydaje się – leży w tym, iż nie ma współczesnego stylu w recytacji. Twórczość poetycka wyprzedziła ją wyraźnie. Więcej: przeciwstawia się temu sposobowi recytowania, który dziś panuje. Sądzę bowiem, że recytacja ulega dziś presji dwóch czynników: poezji i teatru. Teatru – niestety – tzw. nowoczesnego, z reżyserem pełniącym obowiązki bóstwa. Stąd owo udręczanie, rozcinanie, łączenie utworów i próby ich „intelektualnego wzbogacania”. Współczesna poezja na to nie pozwala.(Wbrew pospolitym przesądom głoszącym, że dzisiejszy wiersz narzuca mniej rygorów niż klasyczny; gdyby nawet tak było to z rygorów może rezygnować nie czytelnik lecz twórca).

A jednak w zwróceniu się do niej właśnie, w zawierzeniu poezji widziałbym szansę rozwoju sztuki recytacji. Oczywiście, że utwór narzuca ograniczenia, ale pamiętajmy: ograniczenie to nie unicestwienie. Nadto zaś – starałem się to pokazać – pozostawia wystarczająco dużo swobody, by recytujący mógł wyrażać nie tylko autora lecz i siebie. Sądzę, że uświadomienie zasygnalizowanych tu spraw – czym jest sztuka recytacji i jaka jest jej specyfika oraz jakie nakazy i jakie możliwości swobodnego wyboru zawarte są w tekście literackim – stanowić muszą podstawę refleksji nad istotą recytacji i nad szansami rozwoju ruchu. Przy czym uświadomienie nie znaczy wcale – przyjęcie wysuniętych propozycji. Równie wartościowe może być ich przezwyciężenie.

Leave A Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *